środa, 5 października 2016

Krzyk

Około dwudziestej drugiej położyłam się spać. Niestety - mój sen nie trwał zbyt długo, ponieważ obudzono mnie wrzaskiem. Nie, nie w śnie - w rzeczywistości.

Zerwałam się do pozycji siedzącej i odgarnęłam niedbale uciążliwe kosmyki włosów które opadły mi na oczy w tak nagłej czynności.
Rozejrzałam się na wszystkie strony, aczkolwiek nic niepokojącego nie zwróciło mojej uwagi. Wszystko wydawało się być w porządku więc jak zwykle zrzuciłam to na moją chorą wyobraźnię i przystałam do poprzedniej pozycji prosząc o sen.

Kolejny krzyk.

Teraz już wybiegłam z łóżka w stronę drzwi. Mimo tego że jestem dość wielkim tchórzem postanowiłam zbadać sytuację zza drzwi. Uchyliłam lekko skrzydło i wyjrzałam na nie jednym okiem.

Światło na dole i korytarzu było zapalone. Mama albo Maddy zawsze gasiły światło - oczywiście ganiając mnie za to że tego nie robię.
Przełknęłam gulę która utkwiła w moim gardle i szerzej otworzyłam drzwi. Postawiłam pół stopy na progu drzwi i przymknęłam oczy.


Całkowicie wyszłam z pokoju i kierowałam się w stronę schodów na dół. Krzyki się nie powtarzały ale z pewnością nie była to kolejna fanaberia.

Powolutku schodziłam ze schodów bojąc się co mogę zastać na dole. Słusznie? Zaraz się przekonam. Zastygłam w miejscu.

Kolejny krzyk tym razem uciszony przez, tak mi się wydaję odblokowywanego pistoletu.

Mój umysł krzyczał o ucieczkę, aczkolwiek moje ciało zastygło, tak jak jakby ktoś mnie ram przykleił.


- O ho ho, kogo my tu mamy...- Powiedział głos za mną. - Shally? To ty? - Nie byłam nawet skłonna do mrugnięcia. Przepraszam, to sen? - Xan, bierz ją. - Szok nie pozwolił mi nawet zaprotestować. Zostałam wyprowadzona z domu bez jakiegokolwiek buntu... Wiem że potem będę tego bardzo żałować.







***
 
 
 
Siedziałam na dość niewygodnym krześle w ciemnym pokoju, jeśli można tak to nazwać. W koncie paliła się mała lampka obok której było dwuosobowe łóżko. Na przeciwka łóżka, obok mnie była niewielka chyba czarna komoda. Bardzo minimalistycznie.
 
Samotna łza wypłynęła z mojego oka, niczym delfin a za nim kolejne.
 
Nie wiem jak wtedy się czułam, nadal ogarniał mnie szok, ledwo co zdołałam siedzieć czy w ogóle mrugnąć.
 
 
Zaczęły atakować mnie myśli i wyrzuty że nie sprawdziłam co z resztą rodziny. Czułam do samej siebie żal, za to że tak łatwo dałam się pokonać i cóż, jestem tu gdzie jestem nie wiedząc z jakiego powodu mają czelność mnie tu więzić, bo umówmy się - to w najmniejszym stopniu nie jest przyjemne czy błahe.
 
 
 
 
 
- Cześć - głos mężczyzny zwrócił moją uwagę. Teraz już byłam sprawna fizycznie i szok wyparował, dając miejsce strachu, smutku i żalu. Przepłakałam może dzień, nie mam pojęcia ile tu siedzę i która jest godzina. - Mam na imię... Właściwie, pewnie cię to nawet nie obchodzi - dalej milczałam. - W każdym razie muszę cię gdzieś zabrać. A, i dobrze byłoby dla nas dwojga gdybyś nie stawiała oporu. - Jego głos nie należał do tych ostrych czy strasznych. Mogę śmiało stwierdzić że barwę miał całkiem przyjemną. Chłopak podał mi dłoń lecz ją zlekceważyłam i ustałam obok niego czekając na jakikolwiek ruch.
 
Szliśmy w kierunku schodów. Aha, czyli jestem w piwnicy - normalnie jak w bajce. To niedorzeczne że mam jeszcze czelność żartować sobie w takiej sytuacji.
 
 
- To te drzwi. Zapukaj i możesz wejść.- Poinformował mnie chłopak. Nie chcąc robiąc sobie problemów zapukałam. Przecież kiedyś mnie wypuszczą, tak? Jeśli nie, to sama się wypuszczę.
 
- Proszę.
 
Nie czekając chwili dłużej weszłam do pomieszczenia. Zamknęłam lekko drzwi i ustałam w miejscu. Pokój nie wydawał się być przyjemny, tak samo jak mężczyzna w nim. Czy tu w ogóle są jakieś kobiety?
 
- Zgaduję że zastanawiasz się, dlaczego akurat ty i z jakiego powodu twoja rodzina? - Zaśmiał się gardłowo co mnie ciut przestraszyło.- Otóż, wątpię że mnie znasz, ale moja kochana będziesz usiała trochę z nami pobyć, dla bezpieczeństwa.
 
-Kogo?  Może mojego? Przypominam, że nie jestem tu dobrowolnie...- Nigdy nie byłam szczególnie miła czy coś w tej kategorii.
 
- Opanuj język bo może cię wpędzić w kłopoty. - Nic nie odpowiedziałam tylko czekałam na dalszy rozwój rozmowy. - Twój ojciec kazał się nam tobą zająć, matka i siostra są w dobrych rękach więc nie masz się czym martwić. Nic więcej ci nie powiem, więc nie zadawaj zbędnych pytań.- Sztorm w mojej głowie zaczął się nasilać.
 
- Kiedy stąd wyjdę, wylecę czy cokolwiek? - Spojrzałam w jego stronę i skrzywiłam się na widok jego twarzy. Miał wielką szramę na twarzy, dość grubą; tak jakby ktoś zaatakował go nożem, co jest dość prawdopodobne skoro pracuje dla mojego ojca, który ma dość nietypową ,,pracę".
 
- Masz wyjazd za kilka minut, dotrzyma ci towarzystwa mój syn. Nie próbuj żadnych sztuczek, wszystko jest robione na twoją korzyść także proszę cię, nie utrudniaj nam tego, ponieważ twój ociec przydzielił mi funkcję drugiego ojca, co za tym idzie że mogę cię ukarać więc nie dawaj mi powodu do tego.
 
-Mogę już wyjść?- Mruknęłam. Byłam zagubiona i zmieszana. Mężczyzna pokiwał głową więc opuściłam jego gabinet. Przy drzwiach czekał na mnie ten sam chłopak który zaprowadził mnie do pomieszczenia  z telewizorem i kilkoma kanapami. Usiadłam na jednej z nich i czekałam na dalszy ciąg dzisiejszego dnia.
 
 
- Shally? Mamy za chwilę wylot, chodź ze mną. - Wstałam i odwróciłam się w stronę chłopaka. Był na prawdę przystojny i dobrze zbudowany.
 
Podeszłam do chłopaka i czekałam aż zrobi pierwszy ruch, ponieważ nie wiedziałam tak na prawdę gdzie mam iść a tym bardziej gdzie lecę.
Już nie czułam strachu w obawie że coś mi grozi, ponieważ to sprawka mojego ojca. Jedynie co czułam to smutek i żal, niestety nic nie mogłam na to poradzić.
 
 
 
 
 
 
***
 
 
 
 
 
 
Jak się okazało wyjechałam do małego miasteczka obok Los Angeles, nie pamiętam nazwy, ponieważ słyszałam może ją z jeden raz.
Tak czy inaczej - nie byłam w ogóle zadowolona z planu mojego ojca i martwiłam się o mamę z siostrą, czy na pewno jest u nich wszystko w porządku i nie są zmuszane do nieprzyjemnych czynności.
 
-Shally, jedziemy na zakupy. - No tak, przecież nie mam tu nawet szczoteczki do zębów. Te zakupy będą jednymi z dłuższych i męczących w moim życiu.
 
 
 
 
 
 
- Słuchaj, za kilka minut przyjedzie tu syn Northa i jedyną moją radą dla ciebie jest to abyś go nie prowokowała. Jest synem pracownika twojego ojca, co nie oznacza że będzie miał jakiekolwiek zahamowanie wobec ciebie.- Jeśli miałam się bać to udało mu się to świetnie. Nie dość że jestem na prawdę daleko od domu, do tego jestem sama jak palec i w dodatku opiekę nade mną ma sprawować jakiś kutas?
 
Pokiwałam głową, co nie oznacza że przystałam na jego propozycję. Chłopak niedługo po naszej ,,rozmowie'' opuścił moje aktualne miejsce pobytu i zostawił mnie samą, bez jakiegokolwiek pożegnania, no ale czego ja się mogłam spodziewać po osobie której nie znałam i do tego była ze mną z przymusu.




Wzdrygnęłam się gdy usłyszałam mocne trzaśnięcie drzwiami. Ktoś rzucił niedbale klucze na szafkę i szybkim krokiem usiadł na jednej z kanap, na przeciwko mnie.
Blondyn, niezliczone tatuaże, przepiękne oczy i dobrze zbudowany oraz z pewnością niesie kłopoty.

- Będziesz teraz tak siedzieć?- Buknął zbyt pewny siebie. ,,Rozwalił" się na kanapie kładąc stopy z brudnymi butami na szklany stolik do kawy. Posłałam mu wymowne spojrzenie i wyszłam z salonu kierując się do kuchni.

Otworzyłam lodówkę i wyjęłam jakiś serek aby złagodzić swój mały głód.

Zjadłam go do połowy i resztę wyrzuciłam, potem umyłam łyżeczkę i wsadziłam ją powrotem na swoje poprzednie miejsce.

Przekraczając próg kuchni uderzyłam głową o coś twardego, a raczej kogoś. Zderzyłam się z jego klatką.

- Uważaj jak chodzisz...- Warknął i odepchnął mnie w bok. Nie powiem, trochę zabolało. Mimo tego że nie była to jakaś duża siła ja byłam typem drobnych dziewczyn, które od tak robiły sobie siniaki na nogach czy rękach, po tym na pewno też zostanie mi siniak.


- Nie zachowuj się jak cham...- Mruknęłam i już kierowałam się w stronę schodów zanim zostałam, uwaga, po raz kolejny brutalnie tym razem pociągnięta.

- Shally, czyżbyś zapomniała kim jestem?  Bieber, mówi ci to coś rybko? Mam nadzieję że niewiele, historia lubi się powtarzać. - W tej chwili z mojego gardła wydostał się krzyk.